Skip to main content
Rodzinna Historia Lęku

To Life!

Z Agatą Tuszyńską rozmawia Jan Strzałka

- 16 września 2006 r. zmarł Pani mąż, Henryk Dasko. Jesienią 2007. ukazują się ,,Ćwiczenia z utraty”, Pani opowieść o jego zmaganiach z nowotworem mózgu. Komuś, kto tej książki nie czytał, może się wydawać, że jest coś niestosownego w opowiadaniu o tak bolesnej tragedii, ktoś może się zjeżyć na samą myśl, że pisze Pani o chorobie ukochanego, ledwo w rok po jego śmierci...  

- Nie zdziwią mnie podobne reakcje i nikomu nie będę miała za złe sprzeciwu. W naszej kulturze śmierć nie jest oswojona. Nie widzę jednak nic niestosownego w pisaniu o chorobie Henryka, tym bardziej, że on sam mnie do tego zachęcał. Jestem pisarką, moje życie jest pisaniem i opowiadaniem o ludzkich sprawach. ,,Ćwiczenia” powstawały z trudem, nie zaczęłam ich w chwili, gdy zdiagnozowano chorobę Henryka, pierwsze zdanie wykrztusiłam z siebie rok później - to było wyzwanie, by spróbować zapisać zmagania z chorobą człowieka, którego wciąż kocham, z którym byłam związana przez piętnaście lat. Ale nie znalazłam w sobie ani sił, ani słów, by do końca opowiedzieć o tym, co się dzieje z umierającym, co się działo ze mną i z tymi, którzy byli dookoła nas. Tego jeszcze nie mogę i nie umiem napisać, i to właśnie uznałabym za nieprzyzwoite. Nie jestem gotowa na dotknięcie piórem samej śmierci, kulminacji utraty. Dzieją się wówczas rzeczy wzniosłe, ale i brzydkie, bolesne i niespodziewane. Mam na myśli nie tylko fizjologię, ale przede wszystkim całą konstelację psychiczną. Nie piszę więc o umieraniu Henryka, o filozofii ani metafizyce śmierci, lecz o godności i męstwie, jakie wykazał w chorobie, i o naszej miłości, o nadziei wbrew wszystkiemu, o uporczywym pielęgnowaniu nadziei. Od momentu diagnozy, która była wyrokiem, staraliśmy się zaprzeczyć katastrofie. Decydowaliśmy się na walkę wierząc w zwycięstwo, choć nie mieliśmy na nie szans. Długo dzieliłam z nim nadzieję, nie pozwalałam zwątpić, choć w pewnej chwili stało się jasne, że jesteśmy skazani na klęskę.

- Lekarze nie obiecywali cudu, nie skrywali, że Henryk Dasko przeżyje co najwyżej rok, co rzadko się zdarza przy raku mózgu o takim stopniu złośliwości. O jakiej nadziei tu mowa?

- O życiodajnej nadziei. Henryk żył brawurowo i tak też chorował. Zawsze walczył i nigdy się nie poddawał. Wtedy też nie. Unieważniał chorobę, wierzył, że musi z nią wygrać, nie brał pod uwagę innego scenariusza. Niemal do końca nie dopuszczał myśli, że da się pokonać. Bez nadziei nie udałoby się mu przeżyć choćby jednego dnia. Od początku wiedział, że wybiera się na wojnę, bolesną i trudną, że czekają go operacje na otwartym mózgu, a potem chemia i naświetlania, wszystko to wiedział. I wszystko się stało.
Myślę, że ,,Ćwiczenia...” mogą być pomocne dla ludzi walczących ze śmiertelną chorobą, a i książką ważną dla zdrowych. Bo to, co zdarzyło się Henrykowi i mnie, którzy przed trzema laty nic nie wiedzieliśmy o glioblastastoma multiforme, najbardziej drapieżnym z nowotworów mózgu, może się zdarzyć każdemu. Nagły wyrok śmierci. Niespodziewana katastrofa. Nie każdy potrafi, jak mój mąż mężnie stawić jej czoła. Nie zdawałam sobie sprawy, że ma w sobie takie pokłady dzielności. Chciałam o tym opowiedzieć. I będę się upierać, że to dobry czas na tę książkę. Pragnę nią uczcić pierwszą rocznicę śmierci Henryka i dać nią osobistą odpowiedź na jego istnienie i walkę. W swoich wielogłosowych biografiach nieraz odwoływałam się do ludzkiej pamięci, stąd wiem, że nasza pamięć z czasem podlega rozmaitym przemianom i manipulacjom, moja też ulega tym aberracjom, dlatego postanowiłam napisać o chorobie Henryka teraz, a nie za pięć lat, by ocalić czysty i bezpośredni obraz tego doświadczenia.

- Wyrok wydano już przy rozpoznaniu choroby, rodzi się więc pytanie o sens operowania człowieka skazanego...

- Zanim potwierdziły się najgorsze przypuszczenia, przed ostateczną rozmową z chirurgiem, postanowiliśmy, że spróbujemy uciec. Jeśli się okaże, iż Henryk ma przed sobą kilka miesięcy spokojnego życia, gotowi byliśmy zrezygnować z leczenia i wybrać się w podróż. Zapomnieć. Wrócić. Odejść. Jednak nie zostawiono nam wyboru, bez natychmiastowej operacji Henrykowi nie zostawało wiele czasu. Interwencja chirurga dawała pewną szansę przedłużenia życia, może o kilka może kilkanaście miesięcy. Chwyciliśmy się zatem nadziei, że możemy razem budować nasz los i walczyć o wspólne życie. Musieliśmy ją w sobie znaleźć – jak powiadał ksiądz Tischner: nadzieja przychodzi z drugim człowiekiem. I nadzieja stała się mostem, po którym szliśmy przez cierpienie Henryka. Niecały miesiąc po pierwszej operacji zaczął słabnąć i tracić przytomność, operowano go ponownie. Stan się pogorszył. Lekarze twierdzili, że już nic więcej nie mogą dla niego zrobić. Prosiłam o ratunek, wbrew wszystkiemu. Prosiłam też, żeby nie mówiono mu, że stan jest krytyczny.

- Czy to dobra decyzja? Pisze Pani, że Dasko zawsze chciał znać prawdę...

- Tak, ale ta prawda odebrałaby mu resztki nadziei. Mogła go zabić. Nie wiem, czemu miałaby służyć. Sądzę, że podjęłam słuszną decyzję. Nie mam pewności, czy udałoby mu się walczyć i żyć kolejne miesiące ze świadomością przegranej wojny. Pamiętam rozmowy z kanadyjskimi lekarzami, którzy są konkretni, precyzyjni i brutalni, mówią wszystko bez ogródek, nigdy więc nas nie zwodzili i nie mamili, od pierwszej wizyty nie skrywając, że rak mózgu kończy się szybką śmiercią. Wiedząc o tym, Henryk natychmiast uregulował wszelkie sprawy finansowe i życiowe. Po kryzysie spowodowanym drugą operacją nie chciałam powiedzieć mu prawdy, i chyba słusznie uczyniłam – bo stał się cud. W końcu czerwca wróciliśmy do domu, nie do hospicjum, jak myślano. Po kilku dniach zaczął siadać, a potem wstawać, aż wreszcie stanął na nogi i przeszedł na drugą stronę pokoju. Tak się zaczął nowy etap choroby: darowany czas. Wydzieraliśmy go losowi jak najdłużej się dało. Ktoś mu powiedział, że umierał, ale nie do końca w to wierzył. Wierzył w życie i siłę woli. Ufaliśmy, że dopóki jesteśmy razem, nic nas nie pokona. Ale to była krótka poprawa... 

- W swojej książce nie skrywa Pani, że rak mózgu pustoszy psychikę chorego, że choroba przemieniła Daskę w człowieka niecierpliwego, a nawet chwilami agresywnego...

- Zawsze był niecierpliwy, choroba i leki jedynie wyostrzyły jego cechy. Obcowanie z nim zmienionym było trudne, ale starałam się tłumaczyć sobie, że to nowotwór nie on sam jest za to odpowiedzialny. Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, jak bardzo się zmieni. Ale nawet wiedząc to nie zrezygnowałabym z walki. On chciał żyć, wracał do życia, starał się tak bardzo powtórzyć wszystko to, co było treścią naszej codzienności sprzed choroby – wspólne lektury, podróże, narty... Wielkie dawki sterydów potęgowały apetyt, wiele ucztowaliśmy w gronie przyjaciół w naszym otwartym domu, potęgowały też agresję. Ale czasami Henryk rozmawiał ze mną jak za dawnych lat, a ja z radością przyglądałam się, jak się budzi, jak z ogromną dyscypliną siada przy komputerze i zabiera do pisania. Pisał pospiesznie, jakby zdawał sobie sprawę, że czas się kończy. Ale pracował. Niemal do końca.

Zdumiewał mnie siłą woli i niezgodą na los. Buntował się przeciw statystykom, nie zgadzał z lekarzami przewidującymi ile miesięcy uda mu się żyć. Na przekór wszystkim wzięliśmy ślub, a właściwie dwa śluby. Pierwszy cywilny, w szpitalu, przed polskim konsulem. Henryk był bardzo słaby po serii naświetlań, przywiozłam go na uroczystość na wózku, bałam się, że nie da rady wypowiedzieć słów przysięgi. Drugi ślub odbył się w synagodze, pacjent szedł na własnych nogach, a potem zatańczył na weselu przy klezmerskiej muzyce. Pobraliśmy się zgodnie z tradycją żydowską, choć ani on, ani ja nie jesteśmy religijni. Chcieliśmy stanąć pod chupą przez pamięć naszych przodków, to był symboliczny gest naszej pamięci i przynależnośći do żydowskiego dziedzictwa. Henryk zawsze powtarzał, że urodził się polskim Żydem i był nim do końca.  

- W ,,Ćwiczeniach” wspomina Pani kilkakrotnie Joan Didion, amerykańską pisarkę, która również straciła męża i napisała o tym mądrą książkę. Didion wydaje się Panią fascynować, wybrała się Pani na jej wieczór autorski w Toronto, ale słuchając jej, uległa Pani wrażeniu, że to kobieta bohaterska, ale i ekshibicjonistyczna…

- Myśli pan, że i ja jestem ekshibicjonistką?

- Chcę powiedzieć: ktoś może Panią podejrzewać o ekshibicjonizm. 

- Z pewnością nie uniknę takich podejrzeń. Czytając ,,Rok magicznego myślenia”, bo tak zatytułowana jest opowieść Didion, nie postrzegałam jej jako ekshibicjonistki, bo nie była nią w tym, co pisała, ekshibicjonistką wydała mi się dopiero podczas spotkania z czytelnikami. Gdy czytała fragmenty swojej książki przy sali pełnej publiczności poczułam, że przekracza pewną granicę. Jaką, dlaczego, nie wiem. Wszystko zależy od formy, od sposobu opowiadania i słów, jakie dobieramy dla wyrażenia uczuć. Zadał pan świetne pytanie, właśnie wybieram się na serię spotkań z czytelnikami i zamierzam robić to samo, co wcześniej Didion: nieznanym mi ludziom czytać opowieść o Henryku. Jeszcze niedawno nie mogłam zrozumieć, dlaczego Didion wystawia swój ból na widok publiczny, teraz rozumiem tę potrzebę. Jestem pisarką, nie byłam nią podczas choroby Henryka, żyjąc w szoku, mając ręce, głowę i serce pochłonięte troską i opieką nad mężem. Dziś próbuję wrócić do swojego zawodu i opowiedzieć, jak wspólnie zmierzyliśmy się z losem. Jak wspomniałam, zaczęłam pisać o chorobie Henryka w rok po jej zdiagnozowaniu, wiedząc, że zwariuję, jeśli tego nie zrobię. Czy było mi łatwiej, gdy napisałam pierwsze słowa? Nie, ale wiedziałam, że jestem mu to winna, chciałam, żeby inni dowiedzieli się o jego heroicznych zmaganiach z przeznaczeniem. Ale jak pisać, gdy zawodziły słowa, wydawały się odklejone od znaczeń, bezradne w wyrażeniu naszych doświadczeń. Nie mogłam też wtedy czytać. Czułam, że fikcja pisania i lektur traci wszelki sens w konfrontacji z rzeczywistością cierpienia, bólu i rozpaczy. Nieprzytomny człowiek nie potrzebuje zapisanych kartek papieru. Henryk życzył sobie jednak, bym pisała, powtarzając, że nie jestem jego pielęgniarką, bo pielęgniarkę może sobie zatrudnić, że zakochał się w kimś, kto włada słowem, tak jak i on nim władał.

- Bo gdy Dasko opuścił Polskę po Marcu 1968, imał się w Kanadzie różnych zajęć, szybko odnosząc sukces w biznesie, choć w istocie był człowiekiem pióra, a jakie to było pióro, mogliśmy się przekonać czytając jego eseje poświęcone Tyrmandowi, Brychtowi, Kosińskiemu czy Hłasce...

- Pisanie traktował z największą powagą. Nim zachorował, zdążyliśmy kupić mieszkanie w Warszawie, zamierzając spędzać połowę roku w Toronto, a drugą w Polsce, czas ten Henryk pragnął poświęcić wyłącznie pisaniu. Sporo jednak napisał wcześniej, wspomniane przez pana recenzje i eseje drukowane w nie istniejącym już ,,Ex-Librisie”, w ,,Gazecie Wyborczej” czy ,,Midraszu”. Zamierzam wydać te teksty o pisarzach, a także jego autobiograficzną prozę, tom zatytułowany ,,Dworzec Gdański”. Mam nadzieję, że książki te dowiodą, jakim talentem Henryk był obdarzony, jakim był świetnym stylistą i publicystą. ,,Dworzec...” ukaże się w czterdziestą rocznicę Marca, a zarazem w rocznicę wyrzucenia Henryka ze studiów i jego wyjazdu z Polski. Powielekroć powtarzał, że Marzec i jego konsekwencje były największą tragedią jego życia. Później dodawał do Marca swoją chorobę…  Zawsze starał się być sprawiedliwy wobec Polski, mimo drastycznych doświadczeć antysemityzmu i wypędzenia. To dość rzadkie w pokoleniu marcowych emigrantów, dla których blizna Marca wciąż pozostaje otwarta. Henryk działał aktywnie w Kandzie na rzecz dialogu polkso-żydowskiego. Polska go bolała, ale to była jego Polska, której nigdy się nie wyrzekł. Kochał polską literaturę, wyrósł w jej języku, którym po mistrzowsku władał. Recytował poskich poetów, cytował stronicami ulubionego Konwickiego, Brandysa, Dygata. W naszym domu w Toronto na każdym z trzech pięter półki uginały się pod ciężarem książek. Zawsze wspominał z wdzięcznością tych, którzy w Marcu nie odwrócili się od niego plecami, okazując mu pomoc...

- Jak Irena i Karol Małcużyńscy, jak Marek Kwiatkowski, dyrektor Łazienek, czy Michał Komar i ekipa Andrzeja Wajdy, dzięki której znalazł pracę jako akwizytor na planie ,,Polowania na muchy”, o czym kiedyś pisał. Gdzie Henryk Dasko został pochowany?

- Na cmentarzu żydowskim w Toronto, zgodnie ze swoją wolą. W roczniće śmierci postawiliśmy mu tam czarny granitowy pomnik. Może powinien spoczywać w Warszawie, obok swoich rodziców. Jego światem była przecież polska kultura. Przewożę teraz tutaj jego ogromną polskojęzyczną bibliotekę, poza literaturą fabularną tysiące książek historycznych dotyczących wojny, zagłady i historii komunizmu. Zamierzam udostępnić ten ksiegozbiór studentom. Mam nadzieję, że w ten sposób Henryk niejako symbolicznie powróci do swojego miasta.

- Podobno psychiatrzy twierdzą, że bardziej niż śmierci boimy się odejść, uważając, niemal zawsze uważając, że nie pora umierać, bo nasze życie jest niespełnione...

- Pyta pan, czy życie Henryka było spełnione? Było niedokończone. Żył szczodrze i z rozmachem. Kochał, przyjaźnił się, potrafił dawać, wolał to niż brać. Chciał jeszcze wiele napisać. Zbierał materiały do książek o pisarzach, którzy emigrowali z hitlerowskich Niemiec, interesowała go wojna w Hiszpanii i Kuba, dzieje motoryzacji i powojenna historia Polski. Wielu tekstów nie skończył. Wielu zdań i akapitów. Nie doświadczył na pewno pisarskiego spełnienia, choć o nim marzył.
Był za młody na śmierć. Jak ja na uprawianie żałoby. Ale trzeba ją odbyć. Ta książka jest jednym z jej wątków. Płaczę, wspominam, chodzę na cmentarz, oglądam zdjęcia i znowu płaczę. Pozwalam sobie na żałobę, bo bez niej nie stanie się dalszy los.
Żałoba ma nas wyciszyć i uciszyć, z czasem może pocieszyć? Nie wstydzę się zatem łez, a każdego szesnastego dnia miesiąca spotykamy się w gronie naszych torontońskich przyjaciół i rozmawiamy o Henryku. To mi pomaga. Ludzie zawsze lgnęli do niego, był szczodry w obdarowywaniu sobą. Dziś inni pochylają się nad nim nieobecnym i sprawiają, że jest.

Wedle tradycji żydowskiej życie jest największym darem. Henryk tak mężnie walczył o swoje życie, więc ja nie mogę wzgardzić własnym. Symboliczny toast wznosi się zawsze słowami: Lechaim, To life! Za życie! 

- A zatem: to life!


TYGODNIK POWSZECHNY 2007 nr 43